Jacyś tam amerykańscy naukowcy z jakiejś tam amerykańskiej uczelni wyliczyli jakie to napoje gazowane są złe i jak fatalnie wpływają na organizm, powodując m.in. zawały. Zalecili pić maksymalnie litr napojów gazowaych na tydzień. Jako że przez kilka lat piłem po 3-4 litry dziennie, wychodzi więc, że pod względem nasycenia i spozycia mam jakieś 165 lat i od jakichś stu jestem martwy.
Jak na truposza nieźle się trzymam.
Dodano: 11 marzec 2010 (Czwartek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (5)
Opublikowano w Bez kategorii
Żyjcie długo, szczęśliwie, opływając w dostatki. Mniej ględźcie, miejcie w sobie więcej optymizmu i jakoś będziemy się na tej planecie dogadywać.
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet
Dodano: 8 marzec 2010 (Poniedziałek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (4)
Opublikowano w Bez kategorii
MAM UKOŃCZONE 18 lat
Tak, wchodzę Nie, wchodzę
Uprzejmie chciałem zapytać, czy wiecie, że producenci spodni już na etapie projektowania (obojętnie jakich spodni: jeansów, garniturowych itd.) z zasady poczatąk lewej nogawki robią ciut szerszy na wiadomo co?
To oznacza, że świadomie odbiera się nam prawo do decydowania co i z której strony chcemy nosić. Tymczasem, jak czytam na różnych forach, jest grupa wywrotowców, którzy – pomimo przeciwności losu, celowego działania producentów i niewygody – wybierają prawą stronę. Myślałem, żeby na znak solidarności ze spodniowym ruchem oporu wymyślić jakiś znak poparcia, no nie wiem, różową opaskę na prawym oku, żeby wiedzieli, że doceniamy ich walkę o nasze prawo do decydowania… Ale potem znowu gdzies przeczytałem, że 90 proc. z nas i tak wybiera lewą nogawkę.
Pytanie: robimy tak z wygody czy mamieni przemyślaną taktyka producentów spodni?
Dodano: 26 luty 2010 (Piątek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (4)
Opublikowano w Bez kategorii
Dzwoni do mnie kolega.
- Rusku, a czy przypadkiem nie ty wymyśliłeś nową nazwę kalesonów która brzmiała ,,dżemersy”? – rzecze.
- No ba! – odpowiadam jak zawsze skromnie
- To wpisz w googlach te dżemersy i zobacz. To już weszło do języka polskiego! – powiedział i się pożegnał.
No to wszedłem i oczom nie wierzę! Toż to prawda. Coraz więcej osób używa określenia dżemersy. A już dumą mnie napawa fakt, że wspomina o tym nawet moja ukochana nonsensopedia. Tak, tak, dżemersy są nawet tam! Oczywiście nie ma nic o wynalazcy, no ale cóż, sam się zrzekłem praw autorskich (tutaj cała historia: http://russo.redblog.gazetalubuska.pl/2009/01/03/cala-prawda-o-kalesonach/ ). Sa też na facebooku i innych stronach.
Ludzie. Może uda nam się w końcu poznyć nazwy kalesony? I nowe pokolenia młodych nie będa się wstydziły ich kupować i nosić?
Dżemersy górą!
Dodano: 26 luty 2010 (Piątek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bez kategorii
Słońce! Dziś wyszło słońce. I to nie takie byle jakie, słabe, tylko walnęło na 100 proc. w budynki, ulice i skwery. od razu praca wydała się lżejsza, kłopoty mniejsze, dziewczyny ładniejsze a Pikulin przystojniejszy. Nie mogę się doczekac, jak znowu będzie mozna chodzić w samych koszulkach bez tych wszystkich czapek, szalików i inych ogrzewaczy.
WIOSNA!!!
Macie coś na wiosnę:
http://www.youtube.com/watch?v=556JnhZ6NWc
Dodano: 25 luty 2010 (Czwartek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Bez kategorii
Moja córa codziennie mnie zaskakuje. Najczęściej w związku z moimi telefonami komórkowymi. To, że wysyła mms-y na 112 to jeszcze pikuś (ale na wszelki wypadek wykasowałem numery alarmowe z pierwszych miejsc w książce telefonicznej). To, że dzowni po ludziach na chybił – trafił, to też nie taka najdziwniejsza sprawa. Potrafi też robić zdjęcia i nagrywac filmy (w rolach głównych wystepują głównie jej buty i misie). Oczywiście wiele razy łączyła się też z internetem, przez co nabiła tatusiowi niejeden rachunek.
Ostatnio jednak przebiła samą siebie. Gdy wyrwałem jej z ręki telefon, zobaczyłe na ekranie pytanie: ,,czy przeszukać pozostałe sieci wlan?”
Przez nastepną godzinę siedziałem i szukałem jak dojsć do takiej opcji. Nie udało mi się!
To jednak i tak pikuś. Ostatnio znowu podeszła do laptopa, gdy na nim pisałem, pieprznęła (przepraszam, ale to nie było wciśnięcie, ale pieprznięcie właśnie) w połowę klawiszy i… ekran mi się zrobił pionowy. Myszka działała jak chciała (ruch w górę oznaczał w prawo, w dół w lewo, w lewo w górę w prawo w dół) i za nic nie mogłem wrócić do poprzedniego widoku. Udało mi się po półtorej godziny i kilku telefonach po znajomych.
I teraz pytanie: skoro ona takie rzeczy umie jak ma półtora roku, to co będzie jak zostanie dajmy na to sześciolatką? Może nauczy mnie programowac nagrywanie? I zainstaluje w końcu kamerkę?
Dodano: 22 luty 2010 (Poniedziałek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (5)
Opublikowano w Takie tam
Takie rewelacje słychać w niemal każdym sklepie, na przystankach autobusowych, w tramwajach, na osiedlach. Ponoć był na Piaskach, ponoć zaatakował na Staszica. – To pewne – mówił mi kolega, który ma kolegę, którego ojciec pracuje z facetem, którego żona ma brata, a ten brat kiedyś miał kolegę policjanta. Na takiej zasadzie to działa. I już się kręci.
Ludzie! Nie dajmy się zwariować. Bądźmy czujni, bo zawsze warto być, ale na Boga nie siejmy paniki i nie rozpuszczajmy plotek. Zaraz się dowiemy, że facet umie fruwać, ma trzy ręce i wyje do księżyca.
Dodano: 18 luty 2010 (Czwartek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Bez kategorii
Jedna z moich dam skończyła właśnie ?? lat. Nie napiszę ile, bo to jej sprawa, ale razem mamy już ponad 60. Uświadomiło mi to przy okazji, że – nie licząc Pikulika – jestem w naszym pokoju najmłodszy. Jednocześnie uświadomiłem sobie też, że pracuję tu już osiem lat. Sporo czasu, co? Widziałem jak się moje damy zmieniały, jak przybywało im lat.
I wiecie co, dziewczyny? Nigdy nie wyglądałyście tak fajnie, jak teraz. Tak trzymać. NIe wykluczam jednak, że jak dojdziecie do 90. to mogę zmienić zdanie.
Dodano: 16 luty 2010 (Wtorek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bez kategorii
To nie żart. W czasie obiadu dzwoni do mnie dobry kolega i informuje, że właśnie minął go na trasie najbardziej odlotowy szambowóz świata. Miał na beczce wielki napis: ,,Stolec twój, wywóz mój”. – Toż to kwintesencja przekazu – stwierdził kolega. Zdązył nawet zapisać komórkę do pana, który jest włascicielem owego wehikułu.
Dzwonię. Odbiera męzczyzna z niskim, tubalnym głosem. Śmieje się na dzien dobry. – Wszyscy mnie przez ten napis zaczepiają. Na trasie auta zwalniają, kierowcy i pasażerowie zdjęcia robią. Powinienem jakies opłaty za prawa autorskie pobierać – śmieje się mój rozmówca. Ma na imię Janek, mieszka w Jasieniu. Wywozem nieczystości zajmuje się od 2000 r.
- Panie Janku, jak pan wpadł na to oryginalne hasło? – pytam
- To dłuższa historia. olegę spotkałem, a on wypala, że skoro robie w takim biznesie, to ma dla mnie hasło. I wtedy padło: ,,Stolec twój, wywóz mój”. Nawet mi to ładnie naniósł na zbiornik, bo drukarnię ma – śmieje się pan Janek.
Jak zobaczycie gdzieś jego szambodżeta, to pomachajcie. W końcu gość ma najlepsze hasło reklamowe w tym biznesie…
Dodano: 12 luty 2010 (Piątek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (4)
Opublikowano w Bez kategorii
Zupełnie przypadkiem znalazłem w szufladzie w piwnicy… starego walkmana. I od razu wróciły wspomnienia. Bo walkman to w mojej młodości było coś! Człowiek zaczepiał go przy pasku albo o szlufkę i dumnie słuchał muzy w autobusie czy podczas wyjazdów na kolonie. O ludu, to było coś. Razem z nim ciągneło się zestaw kaset z ulubionymi zespołami albo składanki.
Wadę walkman miał jedną: chodził na baterie, więc co chwilę trzeba było kupować ,,paluszki”. Ale nie zrażało mnie to i potrafiłem słuchać muzyki nawet na wyczerpanych. Wówczas ,,It’s my life” Dr Albana brzmiało mniej więcej tak: ,,Yyyyyyyyyycccccccccccmaaaaaaaaaaaaaaajjjjjlaaaaaaaaaaaaaaaajjjjjjfffffffffffff”. A gdy spowolnienie sięgało trzeciego stopnia (tzn. muzyka szła trzy razy wolniej, niż powinna), to wyciągało się baterie, kładło na kaloryferze na noc czy dwie, i potem były prawie jak nowe (wiem, wiem, prawie robi wielką różnicę).
Dziś żądzą już ipody i inne mp4. Nawet mój tata Dżon taką zabaweczkę ma (wielkości pudełka zapałek, a mieści kilka tysięcy piosenek). A ja wciąż tęsknię za starym, dobrym walkmanem. Ech… To były czasy…
UWAGA:
Wpis edytowany na prośbę Wani: ,,Ruseczku, ile tu literówek jest”.
Dodano: 10 luty 2010 (Środa). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (4)
Opublikowano w Bez kategorii
KUpiliśmy stół i cztery krzesła. W paczkach. Do złożenia. I tym składaczem miałem być ja.
Przekładałem zabawę z wielkimi pakami na później. No i tak sobie siedzę, dochodzi 23.00, w szklance już dno, i przychodzi myśl: A, z ciekawości złożę jedno krzesło.
Oczywiście nie patrzyłem w instrukcję, rozerwałem kilka worków i zacząłem dopasowywać elementy do siebie. Ale za cholerę nie mogłem złożyć krzesła. Dopiero potem się okazało, że poprzeczne rurki, które brałem za jednakowe, były różnej długości. No i musiałem odkręcić 16 przykręconych dopiero co wkrętów i wkręcić je od nowa. Ale krzesłą wyglądały naprawdę super. – No to może rozpakuję stół? – pomyślałem, zachęcony sukcesem.
Dwa wielkie kartony, po rozłożeniu wszystkiego na ziemi, zajęły cały salon! – Skoro rozłożyłem, to może poskręcam? – pomyślałem. No i sacząłem skręcać. Zgodnie z intrukcją (tym razem już uważnie ją czytałem) montowałem wszystko na ziemi, jakby robiąc stół od spodu. Skończyłem w nocy! Ale to był początek zabawy.
BO MIAŁEM NOCĄ NA ŚRODKU SALONU MAKABRYCZNIE DUŻY, CHOLERNIE CIĘZKI STÓŁ LEŻĄCY DO GÓRY NOGAMI! I nie miałem pomysłu jak go postawić na te sterczące nogi. Próbowałem po prostu najpierw położyć go na bok i potem unieść, ale gdy oparłem całość na dwóch bocznych nogach, zrobiło się nieciekawie. Więc… połozyłem go na bok, potem wdrapałem się pod i uniosłem na plecach. Gdyby mi się ten manewr nie udał, pewnie skończyłbym ze złamanym kręgosłupem pod wielkim stołem.
Ale się udało. No.
Moja wskazówka: nie składajcie mebli w pojedynkę.
Dodano: 31 styczeń 2010 (Niedziela). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (16)
Opublikowano w Bez kategorii
Malutko, tyci tyci. Dosłownie milimetr. Ociupinkę. Tyle co miejsca pomiędzy paznokiem a skórką pod nim. Jak pomiędzy nitką a przestrzenią w uchu igielnym. Tak mało wczoraj brakowało do tego, bym założył kalesony. Na szczęście takowych nie mam, więc udało mi się ocalić moją męską dumę.
Dodano: 25 styczeń 2010 (Poniedziałek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (5)
Opublikowano w Bez kategorii
JUż lata temu gadanie, że lada moment rozpuści się Antarkyda, a woda zaleje Nowy Jork, Hel i Amsterdam powodowała u mnie pusty śmiech. Od dawien dawna uważałem bowiem, że całe to gadanie o globalnym ociepleniu i topniejących lodowcach to puste słowa. I co? Jak zywkle miałem rację.
Nawet Dama Renata z mojego pokoju, głosicielka złej nowiny (czytaj: ekolodzy mają rację, zginiesz Rusek pod roztopionym lodem, albo roztopi cię słońce bo zniknie ozon) przyznała mi rację.
Podsumowując: nie słuchajcie nawiedzonych naukowców, tylko rozsądnego Ruska.
Dodano: 24 styczeń 2010 (Niedziela). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Bez kategorii
Powinienem dostać Nobla z kulinarii. Nie ma takiego? To niech ustanowią.
Było tak: od mamy, czyli Graży, dostałem ciasto – murzynka (uprzejmie przepraszam, ale tak to ciasto się nazywa i poprawnośc polityczna tego nie zmieni). Podgrzałem go sobie na sitku nad garnkiem z gotującą się wodą, a zjadłem go potem z zimnym serkiem danio, popijając pysznym, gorącym kakao. Makabrycznie pyszne. Polecam.
Wyrafinowane przepisy pań z telewizji się przy tym chowają. Bo potrzeba do tej pychoty tylko: mamy, murzynka od niej, danio i kakao. Proste jak zasady familiady.
Dodano: 17 styczeń 2010 (Niedziela). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Bez kategorii
Jutro Mój Tata ma urodziny!
To najlepszy Ojciec świata. Mógłbym godzinami opowiadać, dlaczego. Ale mam kilka minut, więc się będę streszczał.
Gdy byłem mały, nie odpuszczał ani jednego zimowego dnia i pędził ze mną na sanki.
Potrafił mi też zrobić łuk i strzały, a nawet… mini narty, gdy nie było ich ot tak w sklepach.
Gdy było ciepło, chodził grać ze mną w piłkę.
Nawet gdy miał wolne, zrywał się rano, przede mną, i biegł do sklepu po świeże buły i jogurty.
Gdy potrzebowałem kasy – pożyczał.
Gotował zawsze to, co smakuje mi najbardziej.
Zawsze miał czas, nigdy nie odmawiał pomocy, potrafił zrobić, zdobyć i naprawić wszystko.
Gdy wracałem do domu na kacu, rano z usmiechem podawał mi wielki pokal z… cytrynowym, własnej roboty napojem, który ratował pękający łeb w kilka minut.
Nauczył mnie obracać naleśniki, podrzucając je fachowo na palelni.
Wytłumaczył dlaczego, odpowiednio manewrując soczewką, mogę wypalić na drewnianej ławce na balkonie jaki tylko napis zechcę.
Bezskutecznie, ale z zapałem, próbował mi, jako nastolatkowi, wytłumaczyc, że nie powinno się słuchać Moder Talking.
Zawsze, gdy w radiu puszczali Europe ,,Final Countdown” podgłaszął i wołał mnie, żebym nie przegapił.
Jest niezastąpionym kompanem do zabawy – nasze imprezy we dwóch (kiedy sączymy wódeczkę i słuchamy muzy na YouTubie) to jedne z moich ulubionych chwil.
Potrafi w lokalu pełnym ludzi zatańczyć ze mną układ do ,,I want it that way” zeposłu Backstreet Boys.
Ma urok i delikatność Shreka, ale chyba za to tak Go kocham.
A to wszystko i tak tylko miliardowa część Jego zalet.
Jutro Twoje 58. urodziny, Dżonie. Wszystkiego najlepszego. Bądź zdrów jak ryba. Szkoda, że jesteś tak daleko.
Dodano: 14 styczeń 2010 (Czwartek). Autor: Tomasz Rusek. Komentarzy: (4)
Opublikowano w Bez kategorii