platforma blogowa portalu gazeta lubuska

Ładowarka

Każdy z nas ma takie różne naturalne dopalacze.
Kawa, cola, jakieś tajgery i inne redbule. Są też dopalacze muzyczne. Mam tak, że niektóe piosenki po prostu ładują moje baterie, takie wiecie, wewnętrzne. Tę piosenkę puścił mi pierwszy raz w 1994 czy może rok wczesniej albo później mój kumpel z łąwki w podstawówce Mariusz, zwany Orzechem. I do dziś Kiss wymiata. A to panowie robią od 3 min i 41 sekundy po prostu rozwala. Słucha się tego tak: słychawki na uszy, volume ile fabryka dała i lecimy :)

YouTube Preview Image

“I know life sometimes can get tough! And I know life sometimes can be a drag! But people, we have been given a gift, we have been given a road And that road’s name is… Rock and Roll!”

Amen!

Koko, koko ty idioto

Nic na to nie poradzę. Podoba mi się piosenka na euro. Może i jest wieśniacka (a ja lubię wieś), może jest buraczana (lubię buraki), może trąci disko-wiosko-polo (ale ja zawsze lubiłem wpadającą w ucho muzykę). Może i ma prostackie rymy (super, lubię!) i banalną melodię(banalna melodia? miód!).

ALE JEDNOCZESNIE TA PIOSENKA ŚWIETNIE POKAZUJE FAKA WSZYSTKIM TYM NADĘTYM ORGANIZATORO-DZIAŁACZO-WAŻNIAKOM.

Naród zrobił ich w konia i wybrał sobie na hymn imprezy akura koko koko i… dobrze. Jak nie może być lepiej (z naszą piłką), niech będzie weselej.

Nie dziękujcie

Ale pogoda. Słonko świeci, wiatru nie ma. Idealnie by było, gdyby… człowiek nie musiał w taką pogodę w mieście siedzieć. A musi. Niestety. Ale o czym to ja miałem… a! wiem! Jadłem już w tym roku lody! To oczywiście żaden wyczyn np. dla kolegi Pikula, bo on ,,Bajki” (takie lody z wiśniowym sokiem) wpierdziela cały rok, ale ja raczej trzymam się staroświeckiej zasady, że lody je się, jak jest ciepło.

Skorośmy przy lodach, to wiecie, co mnie strasznie wkurza? Kolejka po lody do budki przy ul. Sikorskiego. Fakt – pamiętam z poprzednich lat, że lody i gorfy sątam znakomite. I pewnie dlatego stoi tam czasem po 20, 30 osób (serio). Tylko ja się do cholery pytam, czemu wężyk ustawia się tak, że blokuje chodnik? Czemu miłośnicy lodów nie ustawią się wzdłuż budynku, dzięki czemu inni piesi zwyczajnie sobie przejdą? Skąd ten mentalny zwis, że ,,mam w dupie, że blokuję chodnik, ważne, że śmietankowego wciągnę za 10 minut”?

I cały czas w kwestii lodów: zobaczcie, co znalazłem. Tak, tak, to piosenka z najnowszej reklamy Algidy.

YouTube Preview Image

Faceci nie płaczą!

Chyba że oglądają ,,Najlepszych z najlepszych” a w nim finałową scenę z medalami. Właśnie leci ten film na TV4. Mam zamiar zryczeć się jak bóbr!

Kropki pełne mocy

Swego czasu ostro mnie opieprzono za używanie na blogu wulgryzmów. Tak się jednak składa, że wulgaryzmy uważam za cudowny środek do wyrazu emocji. Nikt, absolutnie nikt, nie wmówi mi, że ,,do stu morskich bałwanów” czy ,,niech to dundel świśnie” albo ,,motyla noga” czy ,,cholipcia” wyraża emocje lepiej niż jedna, soczysta ,,kur..”. Po co ś ją w końcu wymyślono. To jak z alkoholem. Jeden lubi całą noc sączyć 7-procentowe piwo, inny woli walnąć połówkę.
W każdym razie dziś mam taki nastrój, że choćbym do końca 2019 roku móiwł bez przerwy ,,motyla noga” to i tak nic bym nie powiedział. Wyrażę więc emocje kropkami. Każda oznacza ten zakazany wtraz na ,,k”.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

 

Wypatrujcie mnie

Moje siostry i ich mężowie (czyli moi szwagrowie) to moi osobiści Trini (jak to się pisze, do cholery?!) i Suzanah. Są nieocenieni i zawsze ratują mnie ciuchami. Właśnie leci do mnie kolejna przesyłka. Co ciekawe z odległości setek kilometrów i bez mierzenia trafiają z rozmiarami lepiej niż ja po 2 godzinach przymierzania. Nie mam pojęcia jak to robią.

A tak w ogóle to byłem dziś z rodzicami w Castoramie. Powiem wam,  że nie bawiłem się tak dobrze od dawna. Wiem, wiem, wyjście do castoramy z rodzicami nie brzmi jak opis szaleńczej zabawy, ale… to nie są jacyś tam rodzice, ale moi: Graża i Dżon. Rozśmieszyliby nawet Kaddafiego (tak, wiem  że nie żyje, na tym polega siła ich dowcipu!). Kupowaliśmy zlew, a czułem się, jak byśmy balowali całą noc z sampanem, dragami i kandydatkami na miss świata. Są boscy.

Powodzenia

Dziś pierwszy dzień matur. Pośmialem się więc w duchu (w autobusie) z tych zestresowanych chłopców w dziwnie dobranych garniturach i drżącą dłonią umalowanych dziewcząt. Taaacy podenerwowani, z nieobecnym wzrokiem.

Ludzie! Spokojnie. To tylko matura. Za rok będzie kolejna! :)

Pozdrowienia z plaży!

Heeeej :)
Leżę sobie na plaży. Obok mnie w piachu, w cieniu, wbita butelka piwa. Po drugiej stronie w wiaderku pełnym zimnej wody pływa butelka coli. Mam też kabanosy, choć aktulanie jem sobie gofra z bitą śmietaną, brzoskwiniami i truskawkami. Zaraz idę po gotowaną kukurydzę, a potem na lody. SŁońce praży. Cudnie jest. Na uszach mam słuchawki i słucham sobie tego:
YouTube Preview Image

Lubię jak sobie leże na brzuchu i czuję, jak słońce opala mi plecy, a dzieciarnia biega po leży i drze się w niebogłosy. Mam obok fajny kryminał, poczytam sobie potem, ale założę już koszulę, bo jest za gorąco.

Tyle fantazji. Tak naprawdę jest gorąc, ale siedzę w pieprzonych długich spodniach, przy pieprzonym biurku, przed pieprzonym komputerem w pieprzonych słuchawkach na uszach i pocę się jak koń Clinta Eastwooda w westernie. I jak przez chwilę sobie zamknąłem oczy, to naprawdę byłem na tej plaży.

 

PS. Za ciepło jest dziś. Niech już pierwalnie deszcz!

Żem się, że tak powiem, no tego…

Nienawidzę w coś się walić. A najbardziej w łokieć, kolano albo piszczel. A najbardziej z tych najbardziej to w piszczel. Ale do czasu do czasu człowiek musi się w piszczel pierdol%#!, żeby wiedział, że ma piszczele. Ja ten dzień miałem wczoraj. Na pełnej prędkości (a szybko chodzę) i z pełną masą (aktualnie jakieś 85 kg) wlazłem piszczelem prawym w kant ławy. Wlazłem tak, że ławę przestawiłem, a dźwięk, jaki było słychać, autentycznie mnie przeraził.
I teraz czas zdradzić mały sekret pana Tomka. Jak w coś się walnę, to są dwie drogi. Pierwsza: drę się na całe gardło wyrazami niecenzuralnymi, podkreślając przeciągle literę ,,r” jeśli w tym wyrazie występuje. I druga – zaciskam zęby i syczę.
Wczoraj było to tak trochę w zwolnionym tempie, bo się walnąłem i przez ułamek sekundy zastawnawiałem się: kląć czy syczeć. Wybrałem syczenie z zaciśniętymi zębami.
Ale po co o tym piszę? A! Bo mam siniaka największego w życiu. Jest piękny, kolorowy. Idealnie kolisty. Zewnetrzy okrąg jest żółty, środkowy siny, a w środku jest… biały. I tym białym się martwię. Bo nigdy tak nie miałem.

 

P.S. Nawet zdjęcia sobie zrobiłem! Siniaka!

Kierunek: wesołe miasteczko

W Gorzowie na moim osiedlu rozbiło się wesołe miasteczko. W sensie nie roztrzaskało się o ziemię, tylko rozłożyło swoje huśtawki – karuzele – atrakcje i kosi kasiorę.
Natasza powinna być honorowym mieszkańcem wesołego miasteczka albo jego honorowym prezydentem, bo czuje się tam jak w domu. Piszczy na sam widok dmuchanych wież a potem, gdy jest na miejscu, jest już tylko gorzej.
Gorzej jest też z moją kasiorą, bo Młoda nie uznaje jednej przejażdżki. Nie uznaje też moich tłumaczeń, że nie mam pieniędzy albo że już wystarczy.
I w sumie się jej nie dziwię, bo jako dzieciak obiecałem sobie, że moje dziecko z wesołego maisteczka będzie wychodziło usatysfakcjonowane. Czyli albo obrzygane, bo tak szalało, albo zmęczone – i bez sił na dalszą zabawę. Dlatego ostatnio Nata bez przerwy na czymś śmigała. Puściłem w godzinę kilkadziesiąt złotych, najwięcej zostawiając przy takiej wypierdzianej kolejce, co jeździła po jajowatym torze z prędkością seniora z bakonikiem.
Dlatego gdy kolejny raz podchodziłem do kolejki (szósty chyba) pan z obsługi powiedział machając głową ze śmiechem: – Może niech pan kupi tę kolejkę? Taniej panu wyjdzie niż bilety.

Ha, ha, kur.., ha.

 

PS. A po co to napisałem? Bo dziś (piątek!) po południu idziemy znowu poszaleć do wesołego miasteczka!

To nie dla mnie

Rzucenie palenia wyszło mi świetnie. Nie paliłem całe sześć czy siedem godzin. Możecie być ze mnie dumni. Ja po prostu nie mogę ot tak zerwać z nałogiem, muszę to robic małymi kroczkami. Będę wydłużał niepalenie o godzinę z każdą kolejną próbą! :)

Trzymajcie kciuki

Dziś idę do dentysty. Nie bez powodu wyraz ,,dentysta” rymuje się z wyrazem ,,sadysta” a ,,borowanie” brzmi jak ,,torturowanie”. Naprawdę wolałbym mieć robioną lewatywę przez afgańskich bojowników niż chodzić do stomatologa. No ale afgańskich bojowników w okolicy niewielu, a dentystów od cholery.

P.S. I od dziś nie palę. Tak, tak, rzucam palenie 7892364587264357843265078323789563027845678234657832465823645834265876347854783587346567744754634534536453564697965867364253246375487986547534635746859089698755863458674364735436843594584585464534374959067453453648438548763498759384765764987623487564878763498757982345978328796497864358732587643587963428975643589763458763425879634589763458745098569087569-8760456874523485904356858754656 raz. Może tym razem się uda?

Na rower bym poszedł

… ale mi się nie chce. Wolę jeść i pić. To ostatni taki dzień w moim życiu.Bo jutro sądny dzień. Trzymajcie kciuki.

Śniadanie mistrzów

Jak przyrządzić idealne śniadanie?

W tym momencie wyobraźcie mnie sobie w kucharskiej czapie, stojącego za blatem w otoczeniu różnych produktów. ,,Jusek, po pjostu gotuj!” – tak się ten program nazywa.
GOtowi?
,,Poćebujemy śeść jajek, świeźy śćipior, patelnia ocywiście, do tego dwa podmidorr (wczesniej tseba je wyparzyć, zeby skórek ładnie odeszła). Ale najpierw bocek (tu podnoszę boczek w dłoni do nosa i zaciągam się aż po płuca) – Mhhmmmm… kochani, pachnie modziutkom świniom!  – (wiem, z błędami piszę, ale tak by to było powiedziane!).
BOcek kroimy w kosteccę i ładnie wytapiamy. Potem przekłądamy do podstawka. Smażymy posiekane na drobiniutko pomidory i jak zacznie nimi pachniec w całym domu, wrzucamy z powrotem boczek i wlewamy jajka. Tylko pieprz i sól. Potem full szypiorku. MIeszamy powoli na malutki ogniu i włala! Gotowe!
Do tego polecam wiejski, świeży, strzelający niemalże chrupiącą skórką chleb. I butlę coli :)

Aha! Talerze obowiązkowo oblizujemy!!!

 

Łeb mi urwie

Nie mam jakichś dokuczliwych nawyków czy natręctw. CZasem sobie poobgryzam paznokcie, bo mnie to relaksuje, palenia do nałogów nie liczę, bo to przyjemność - jak jedzenie. Dlatego zawsze wkurzali mnie kichający nałogowo. MAm w pracy takich dwóch. Starszego i młodszego. Obaj mają wyjątkowo irytujący zwyczaj kichania z pierdolnię%$^&, czyli tak, że do tej pory mam podejrzenia, że to oni wywołali tsunami kilka lat temu i niedawne trzęsienie ziemi w Japonii.
Nie, nie kichną jak przeciętny Kowalski z takim syknięciem, powstrzymując odgłos. O nie, to nie w ich stylu. Oni jeszcze podkreślają hałas, dodając do huku specjalną choreografię, czyli w fazie początkowej odchylenie głowy a w fazie końcowej lekkie pochylenie. W międzyczasie jest taki hałas, że o tym, że jeden z panów kichnął, wie nie tylko cały budynek, ale też macierzysta redakcja w Zielonej Górze, sejsmografy w Londynie i pani Swietłana na Uralu. A Obama po każdym ich kichnięciu mówi – nie odrywając się od pracy w gabinecie owalnym -,,Bless you!”. I uśmiecha się pod nosem tym swoim pięknym, amerykańskim uśmiechem aż po zęby mądrości.

No, ten przydługawy wstęp był po to, by wam uświadomić, jak irytuje mnie kichanie. Sam przez całe życie kichnąłem może z 12 albo 13 razy (opracowałem specjalny sposób na pokonanie chęci kichnięcia, umiem też pokonać czkawkę swoim magicznym sposobem, a nawet ziewnąć z zamkniętą buzią i wybekać ,,miałam ci ja pieczeń, lecz ją zmarnowałam” – z reklamy oleju). Tymczasem wczoraj…
WCZORAJ STWÓRCA POSTANOWIŁ MI DOPIEC I KICHAŁEM BEZ PRZERWY! W SUMIE DO WIECZORA PRAWIE 30 RAZY!!!! MYŚLAŁEM, ŻE ZGUBIĘ GŁOWĘ. DO TEGO POJAWIŁ SIĘ KATAR, KTÓRY EWIDENTNIE ZABLOKOWAŁ MI NOS I – to na razie podejrzenia – UCISKA PIEŃ MÓZGU, PRZEZ CO MOGĘ UMRZEĆ.

Gdybym umarł, pamiętajcie, że mam być pochowany w moich ukochanych sztruksach (dzięki, szwagier!), zamiast trąbki ma grać BackstreetBoys ,,I want it that way” (dzięki Paweł), a na stypie ma być full mięsa i gulaszowa (dzięki mama). Proszę też o włożeniu mi do trumny komórki, gdybym się przebudził.

 

PS. Nie obrażę się na wciśnięcie mi gdzieś koło biodra kebaba albo durum.

Szczyt miłości do jedzenia

Środa, 8.40. Przychodzę do roboty, idę do kuchennego kantorka zanieść do lodówki twarożek. A tam, przy stole, kolega dziennikarz (pominę dane z litości) wpierda$%&a kurczaka z rożna. O ÓSMEJ CZTERDZIEŚCI RANO!!!!

Stoję jak wryty, usta moje sa w stanie powiedzieć tylko pewien brzydki wyraz na ,,K”.
A kolega: – No o co ci chodzi?

O nic, o nic. Przeciez każdy z nas je na śniadanie kurczaka z rożna.

Byle do piątku

 

a wam jak mija poniedziałek?

Zostałem kucykiem

To jestem ja. Serio. Teraz mówcie mi Twilight. ZOstałem kucykiem z bajki. Tak zdecydowała Nata. Ja jestem Twilight a ona jest Rainbow Dash czyli tym kucykiem:

W zasadzie fajnie być kucykiem. Muszę mówić takim wiecie, wysokim głosikiem (przydało się trenowanie od 20 lat refrenu Modern Talking ,,You’re my heart, You’re my soul”) i rzucać różne czary i uroki.
Nie ma to jak być kucykiem.

Starzeję się

Umieram. Zdycham. Po prostu prawie mnie nie ma. Boli mnie wszystko: kark, ramiona, przedramiona, brzuch, plecy, boki, nogi nawet. Nie mogę się schylać, a jak już się jakoś schylę, to nie mogę się wyprostować. Nie mogę się położyć, bo jak się kładę, to potrzebuje pomocy przy wstawaniu. A jak już stoję, to kładę się jakieś 37 minut: kawałek po kawałeczku. Nie mogę podnieść ręki (jest 19.03 a ja dalej od rana zębów nie umyłem), nie mogę podnieść nogi. Nie mogę nawet sobie portek podciągnąć. Ubieranie się jest męczarnią. Masakra. W zasadzie nie mogę nic. Najchętniej bym się przestawił na takie długie, wielogodzinne spadanie, żeby nie czuć żadnego mięśnia i po prostu być  w takim zawieszeniu.
Zapytacie czemu? Zaliczyłem w nocy małe spotkanie. Było miło, alkoholowo, zabawnie, głośno. I wtedy na scenę wkroczył xbox kinetict. Boksowałem. Nie wiem jak długo, ale długo. Na stówę. Na pełnym napięciu mięśni, z balansem, gardą, unikami.
Oczywiście obiecałem sobie, że już nigdy, ku%$^, nigdy nie zagram więcej. ALe tak naprawdę tylko czekam na kolejną okazję :)

Co nie zmienia faktu, że umieram.

Mało brakowało

Autobus był pusty. Widziałem tylko, że z tyłu leża jakieś torby. Wielkie, czarne, turystyczne torby. Jechałem tym solarisem chyba ze 100 km/h. Prowadziłem autobus!!!! Rozpoznawałem kątem oka ulice. Sikorskiego, potem al. Konstytucji 3 Maja, Marcinkowskiego, Matejki. Później gnałem Kosynierów Gdyńskich, a na rondzie zakręciłem do centrum z taką prędkością, że przypier$%&łem tyłem w krzaki przy 4 LO. Z tyłu migały policyjne światła, słyszałem jakieś komunikaty, później strzały. Kur$%! Strzelają do mnie! Ale czemu do mnie strzelają? Dopiero potem dochodziło do mnie powoli o co chodzi: obrabowałem bank, porwałem autobus i uciekam własnie nim z wielką kasą w torbach walających się po tylnich siedzeniach.

I potem zadzwonił budzik. Zawsze dzowni, kiedy nie trzeba. Kiedy Monica Belucci zaczyna ściągac sukienkę, kiedy mam właśnie zostac prezydentem USA albo kiedy szczęsliwie uciekam policyjnemy pościgowi z furą kasy. Zawsze kur$%a dzwoni w takim momencie, a nie gdy faktycznie powinienem wstać. Owszem, szybko wyłączyłem go celnym ciosem w telefon, potem położyłem się szybko, zamknąłem oczy i próbowałem przywołać sen ale dupa. Nie udało się.

Trudno. Nie mam wyboru. W centrum jest kilka banków, obok sa przystanki i solarisy. Czas spełnić sny!

Coś tam coś tam

W wielką sobotę zaliczyłem wielkie pierd$%^&$cie się w głowę. Takie wiecie, solidne, aż poczułem wszystkie kostki i kosteczki w mojej głowie. O szafkę łbem żem się stuknął (1:0 dla szafki).
Być może coś mi się wtedy przestawiło, ale w tym samym dniu odkryłem piosenke, którą zamieszczam poniżej. Choć to złe określenie. Ja po prostu co jakiś czas przypadkiem włączam utwór, o którym kompletnei zapomniałem, a który jest po prostu genialny. I potem cieszę się jak mop do wiadra, i słucham tego pod rząd po 30 raz. Jak teraz :)
Macie!

YouTube Preview Image

Dżon mnie rozwalił

Mój ,,ajmjorfader, luk” tata Dżon postanowił zrobić pisanki. Rano zasyfił powietrze w kuchni octem, bo potrzebował go do farb do jajek. Ale ostatecznie udało mu się zabarwić jajka na fajne, żywe kolory. – To teraz porobimy jakieś wzory – odrzekł, wziął żyletkę i zniknął na chwilę w pokoju.

Po chwili wychodzi i pokazuje mi pisankę. Wyglądała, jakby ozdabiał ją Steve Wonder. Patrzę na te dziwne wzory, patrzę na Dżona, a on z uśmiechem: – No, co, jestem prymitywistą, jak Nikofor!

Wesołych Świąt!

Zdrowia, szczęścia i czego tam chcecie. Najlepszego. Mi wystarczy życzyć ,,spokoju”, bo mam w święta reporterski dyżur.

I weź się nie wkur#$%^!

Próbowałem coś załatwić dziś z biurem obsługi klienta mojego telefonicznego operatora. W sumie musiałem dzownić cztery razy. Żeby było jasne: konsultanci za każdym byli świetni. Profesjonalni, mili, konkretni, naprawdę się starali. Ale żeby w końcu się do nich przebić, musiałem cztery razy wysłuchać przydługawej reklamy  i nawciskać się milion razy cyferek na klawiaturze. Myślałem, że cholery dostanę, bo pamiętam czasy, gdy dzowniło się do konsultanta i on po prostu odbierał. A teraz trzeba pikać, klikać, srikać i gówno z tego wynika przez piersze półtorej godziny połączenia.

Pomimo wielu starań niczego przez telefon nie załatwiłem. Jutro będę musiał popierniczać do salonu.

Jedyny jasny punkt tego dnia to… kasza manna. Z sokiem. Jagodowym. Pycha.

Jaki człowiek był głupi!!!

Jadę sobie dziś rano do pracy a w radiu grają Roxette. A mi się przypomina pewne zdarzenie (w tym momencie na ekranie robią się takie pofalowane kręgi, co jest znakiem, że cofamy się do przeszłości).

Jak byłem w podstawówce, modny był program Mini Playback Show. Dzieci udawały w nim znanych wykonawców i zespoły, oglądało się to na jakimś RTL-u i bawiło świetnie (to były te czasy, gdy nie trzeba było w tv pokazać dupy ani się wyzywac, by program był ciekawy). W Polsce też Mini Playback był popularny.
W tamtych czasach pływałem, działał jeszcze odkryty basen przy Walczaka/Energetyków. I akurat zbliżały się jakieś międzynarodowe zawody pływackie. Pamiętam, że przyjeżdżali na nie Niemcy, który łoiliśmy na kazdych zawodach. No i miały być jakieś atrakcje dla gości. Ktoś wymyślił, że zrobimy pod gołym niebem Mini Playback.
Oczywiście się zgłosiłem, bo zawsze się zgłaszałem do wszelkich występów. Zgłosiłem się razem z moim kumplem Rafałem.
Co zagramy? Jaką piosenkę? Padło na Roxette, bo obaj lubiliśmy tę parę Szwedów. No ale własnie. Parę. Był tam Per i Marie. Per był wysokim szatynem (albo brunetem, nie wiem, czym się to różni do dziś, miał w każdym razie ciemne włosy) a Marie drobną blondynką. I tak się kur^#$ złożyło, że Rafał był też ciemnowłosy – jak Per, a ja miałem jasne blond włosy jak Marie. I byłem wówczas – w co dziś trudno na pewno uwierzyć – drobny.
Tak, tak, tak. TAAAAAAAAAAAAAAAAK. Dobrze się domyślacie. W Mini Playback Show grałem kobietę. Nie byłem oczywiście przebrany za kobietę, ale moja rola w tym wygłupie była jasna.
Do dziś, jak widze Marie, uśmiecham się, bo nawet nie wie, że nią byłem. A graliśmy to:
YouTube Preview Image

Dobra, nie wykluczam, że miałem tak postawione włosy jak ona :)

P.S. Dziś pewnie cała kadra pedagogiczna i opiekunowie mieliby zarzuty za zaburzanie poczucia seksualności młodego Ruska!

Święta idą!

Po czym poznać, że Wielkanoc coraz bliżej? Po kobietach w dresach, które dzień w dzień ryzykują życiem, stojąc na parapetach i szorują okna. Nie mam pojęcia, po co na święta myć okna, skoro 99 proc. ludzi nie dostzrega różnicy, no ale widac to obok święconki taka polska, świecka tradycja. W każdym razie ja, będą ostatnio w gościnie u mojego przyjaciela Pawła, pomyślałem, że zachowam się grzecznie i powiedziałem, bez sprawdzania okien, do jego żony: – Uuu, jakie czyste okna! Na co Magda: – To ty to zauważasz?
Przyznałem się, że nie zauważam, ale skoro święta tuż, to pewnie umyła. I trafiłem.
Ja za to tradycyjnie nastawiam się na żarcie jajek. I bigosu. I mięsa. I białej. Oczywiście w przerwach w pracy, bo ma w święta dyżur.

P.S.:
Pozdrowienia dla Konrada z Nowego Miasteczka! :P

Tako rzecze Dżon

Od jakiegoś tygodnia nie po drodze mi z maszynką do golenia. Tata Dżon patrzy tak na moją brodę i mówi:
- Lepiej, żebyś się ogolił. Masz brodę taką, że wyglądasz jak Mudżahedin. Jak założysz jeszcze  na szyję tę swoją arafatkę i kaptur na głowę, to cię w końcu na mieście zastrzelą.

Nata wymiata

7.45. Dziś. Idziemy do przedszkola z Nataszą. Jestem gotowy na trudne pytania. I oczywiście się doczekuję.
- Tatusiu, rano ćwierkały ptaki,a teraz są cicho, dlaczego? – pyta Młoda.
Uśmiecham się do siebie, układam odpowiedź w głowie (Natasza się wkurza, jak wyczuje, że odpowiada się jej byle jak w stylu ,,tak, tak”, ,,nie wiem” albo w tym stylu) i zaczynam tonem Krystyny Czubówny: – Widzisz, kochanie, rytm dzienny ptaków jest trochę inny niż nasz więc…

Wtedy Nata mi przerywa ze zniecierpliwioną miną i mówi przez zęby: – Ptaki nie śpiewają, bo robią swoim dzieciom śniadanie! Jesteś gapa. Nie mam już prościejszych pytań.

Jedno jest pewne. Jak już dorośnie i będzie bogata, pociągnę ją za te wszystkie upokarzenia o alimenty dla ubogich rodziców.

Dobre, dobre!

Co dostałem? Kalesony! Ze wszystkich prezentów świata tego od nikogo bym się nie spodziewał. KA-LE-SO-NY! No serdeczne dzięki! To moja pierwsza para w życiu. Nie wiem jeszcze, co z nią zrobię. Może fantazyjny żyrandol? Albo wyciskarkę do soków? Z ciekawości przymierzyłem. Jest tak, jak się spodziewałem: wyglądam jak debil pierwszej klasy w stopniu zaawansowanym.

A tak  w ogóle to od kilku dni wieczorami popijam piwo lubuskie, niepasteryzowane. I powiem wam, że wchodzi jak soczek. Pycha! Polecam :)

Tatiana nas rozpieszcza

Nasza koleżanka z newsroomu (newsroom to taki duzy pokój, w którym siedzimy i pracujemy) i z bloga obok, co jakiś czas robi nam niespodzianki i przynosi do firmy swoje wykur#$^&scie dobre wypieki. Dziś, gdy byłem głodny od siedzenia w pracy od 7.00 rano, wpadła do redakcji z… czekoladowym sernikiem. Zjadłem właśnie dwa kawałki i jeste obżarty jak świnia, ale jakoś się tym nie przejmuję. Ba! Ośmieliłem się nawet zamówić na jutro sernik zwykły z rodzynkami, ale nie mam wrażenia, by koleżanka poczuła się zobowiązana :(